Polskie finały Imagine Cup 2010
Wpisany przez Sebastian Dziadkowiec środa, 19 maja 2010 22:45
Dzięki uprzejmości firmy Microsoft, 7-osobowa reprezentacja SKNI miała dzisiaj możliwość obserwowania finału polskich eliminacji Imagine Cup – największego ogólnoświatowego konkursu technologicznego.
Tematem przewodnim tegorocznej edycji, której ogólnoświatowy finał odbędzie się nota bene w lipcu w Warszawie, jest sformułowanie Wyobraź sobie świat, w którym technologia pomaga rozwiązać najtrudniejsze problemy ludzkości, odnoszące się do Milenijnych Celów Rozwoju ONZ. Obejmują one takie zagadnienia jak likwidacja skrajnego ubóstwa i głodu, zwalczanie AIDS, malarii i innych chorób, czy zapewnienie stanu równowagi ekologicznej środowiska.
Prezentowane przez uczestników technologie informatyczne (programowe i sprzętowe), tworzone z wykorzystaniem oprogramowania Microsoftu powinny wspierać realizację tych – dość ogólnie sformułowanych – celów. Tymczasem tegoroczny polski finał został praktycznie w całości zdominowany przez rozwiązania z zakresu inżynierii biomedycznej. Dwie drużyny z Uniwersytetu Adama Mickiewicza zaprezentowały systemy: rozszerzonej rzeczywistości służący do terapii dzieci chorych na autyzm, oraz rozpoznawania dźwięku i konwersji go na obrazy – w celu ułatwienia samodzielnego funkcjonowania osób głuchych. Kolejne dwie ekipy z Wojskowej Akademii Technicznej pokazały pracujące w modelu cloud computing oprogramowanie symulujące rozwój epidemii i „kieszonkowy” aparat EKG przesyłający wyniki monitoringu pracy serca poprzez łącze komórkowe. Z kolei reprezentacja Politechniki Łódzkiej przedstawiła system dokonujący konwersji między językiem migowym i tekstem pisanym z wykorzystaniem prostych kamer internetowych.
Co więc na takim konkursie robiła ekipa z SGH? Otóż Imagine Cup nie jest skupiony wyłącznie na technologii, algorytmice czy ergonomii. Istotnymi elementami oceny są także określenie i zdefiniowanie problemu, który będzie rozwiązywany, szanse powodzenia projektu z biznesowego punktu widzenia, oraz zaprezentowanie go przed jurorami konkursu.
Z tego względu uczestniczące zespoły nie powinny składać się wyłącznie ze studentów uczelni i kierunków technicznych, ale powinny być na tyle interdyscyplinarne, aby ich prace były nie tylko innowacyjne technologicznie, ale także skutecznie rozwiązywały dany problem, posiadały ergonomiczny interfejs i miały sens biznesowy. No i zostały tak przedstawione, żeby jury je kupiło :)
O ile już teraz w praktycznie każdym zespole oprócz studentów informatyki/elektroniki byli także studenci kierunków medycznych (odpowiedzialni za kwestie merytoryczne) i artystycznych (projektanci interfejsu), to w moim odczuciu większości brakowało właśnie sensu biznesowego i umiejętności sprzedania swojego pomysłu. Koniec końców zwyciężyła drużyna z Politechniki Łódzkiej, pomimo, że – moim skromnym zdaniem – jej projekt pod względem technologii nie był lepszy od innych (bo wszystkie były po prostu niesamowite!). Miał za to prosty i jasno sformułowany model biznesowy: jego odbiorcami będą przede wszystkim instytucje publiczne, a w dłuższym okresie także placówki usługowe. Ale zaważyła chyba prezentacja, w której zastosowane zostało kilka świetnych chwytów, takich jak szybkie przewinięcie przez wszystkie slajdy pod koniec prezentacji, czy zakończenie wystąpienia słowami „Right here, right now” i puszczeniem półminutowego fragmentu piosenki o tymże tytule, wymuszając niejako na publiczności długie brawa. Pomijam już fakt, że studenci z Łodzi najlepiej posługiwali się angielskim, w którym to prezentacja była prowadzona.
Tak więc mimo, że SGH nie kształci programistów, to takie imprezy dobrze pokazują, że informatyka nie jest dziedziną tylko dla studentów politechnik i ścisłych wydziałów uniwersytetów. Także esgiehowcy mają spore pole do popisu nawet w tak pozornie obcych im zagadnieniach, i warto było dzisiaj zobaczyć ten finał, żeby się o tym przekonać. A za rok, kto wie, może pojawimy się tam znowu, ale już w innej roli…
Otwarta innowacja
Wpisany przez Krzysztof Radomański piątek, 07 maja 2010 21:50
Otwarta innowacja to drugie zagadnienie, z którym chcemy w tym roku zaznajomić SGH-owców. Ten wpis ma stanowić pomost pomiędzy tematami technologicznymi, bliskimi członkom SKNI a zastosowaniami otwartej innowacji w branżach z informatyką niezwiązanych, które zaprezentuje w swoim wystąpieniu w ramach Open Minda firma Innovatika. Szczegółowe informacje o tej prezentacji oraz zapisy na nią znajdziecie pod tym adresem: http://openmind.skni.org/prelegenci/innovatika.
W pierwotnym rozumieniu otwarta innowacja oznaczała po prostu poszukiwanie rozwiązań umożliwiających firmie rozwój poza granicami własnej organizacji, posiłkując się kupowaniem licencji i tworzeniem konsorcjów z innymi organizacjami. Wraz z rozwojem społeczności internetowych pojęcie to nabiera jednak nowego znaczenia, upodabniając się przy tym do szczególnie bliskiego osobom zainteresowanym informatyką ruchu Open Source.
Okazuje się bowiem, że pozyskiwanie innowacyjnych pomysłów z zewnątrz możliwe jest również dzięki społeczności skupionej wokół konkretnego produktu lub "platformy uczestnictwa". Aby być innowacyjnym nie trzeba więc wcale kupować "półproduktów" od konkurentów, gdyż zamiast tego wystarczy wsłuchać się w głos rzeszy użytkowników i niewielkim, lub zgoła żadnym kosztem wykorzystać rozwiązania pochodzące "z tłumu".
Innowacyjność należy przy tym rozumieć dwojako. Po pierwsze samo dopuszczenie społeczności do współtworzenia produktu i pozostawienie go otwartym stanowi innowacyjny model działalności pozwalający zdobyć przewagę, czego najlepszym dowodem może być Wikipedia, która dzięki swojej innowacyjnej zasadzie działania zyskała tak wielu zwolenników i może pochwalić się liczbą haseł nieosiągalną w żadnej innej encyklopedii.
Z drugiej strony, dopuszczenie i zachęcenie społeczności do wykorzystania części większego projektu do własnych celów może zaowocować stworzeniem nowych, innowacyjnych i doskonale dopasowanych do potrzeb użytkowników rozwiązań, które następnie możemy włączyć w skład naszego własnego finalnego produktu, na którym będziemy zarabiać. W ten sposób ujawniając jedynie cząstkę wiedzy posiadanej przez organizację i śledząc jej wykorzystanie zyskujemy ogromny, rozproszony po całym świecie zespół badań i rozwoju, który wykorzystując nasz produkt do swoich potrzeb odpłaca się nam rozwiązaniami, które my, dysponując całością naszej wiedzy wykorzystamy z korzyścią dla siebie. Robiąc to przyczyniamy się jednocześnie do opracowywania ogólnodostępnych, często darmowych narzędzi, za pomocą których inni mogą realizować własne cele i dostarczać rozwiązania poważnych niekiedy wyzwań cywilizacyjnych.
Właśnie takie podejście przyświeca wielu firmom informatycznym, wspierającym inicjatywy Open Source. Udostępniając platformę Java na otwartej licencji GPL firma Sun Microsystems zapewniła swojemu językowi programowania przenośność wszystkich stworzonym w nim aplikacji pomiędzy dowolnymi niemal komputerami. Oznacza to, że program napisany w Javie da się uruchomić na komputerze o dowolnej architekturze o ile tylko społeczność zdążyła już stworzyć wersję platformy Java przeznaczoną dla takich maszyn. Nie trzeba chyba dodawać w tym miejscu, że społeczność licząca miliony ludzi rozproszonych po całym świecie, którzy potrzebują Javy do realizacji swoich własnych projektów, tworzy takie rozwiązania z prędkością o jakiej nie może nawet śnić pojedyncza organizacja. W ten sposób firma Sun, obecnie będąca własnością Oracle, stała się dostawcą oprogramowania działającego na praktycznie każdej maszynie na świecie!
Do jakiego stopnia tego typu rozwiązania mogą sprawdzać się w innych branżach? Wśród firm korzystających z dobrodziejstw otwartej innowacji znaleźć można firmy takie jak: Procter&Gamble czy BMW, skala zastosowań okazuje się więc szeroka. Osobom, które chciałyby zapoznać się z tą tematyką nieco głębiej polecam książkę Dona Tapsotta i Anthony'ego Williamsa pt. "Wikinomia. O globalnej współpracy, która zmienia wszystko". Zaś już w najbliższych dniach więcej na temat przyszłości otwartej innowacji będziecie mogli dowiedzieć się dzięki panelowi dyskusyjnemu "Czy otwartość jest przyszłością innowacji", w którym wezmą udział zarówno firmy z branży IT jak i spoza niej. Zapraszam do rejestracji na to wydarzenie pod adresem: http://openmind.skni.org/rejestracja.
Otwarta wiedza
Wpisany przez Krzysztof Radomański piątek, 07 maja 2010 20:28
W związku ze zbliżającą się konferencją Open Mind postanowiłem przybliżyć nieco dwa kluczowe zagadnienia tej imprezy, które powinny zainteresować nie tylko pasjonatów informatyki. Pierwszym z nich jest otwarta wiedza.
Któż z nas nie korzysta z Wikipedii? Wszyscy wiemy, że jest to encyklopedia tworzona za darmo przez samych użytkowników - "zwykłych" ludzi: uczniów, studentów, ale również profesorów oraz inne autorytety z wielu dziedzin. Choć to zróżnicowanie autorów często budzi w nas wątpliwości, czy artykuł który właśnie czytamy wyszedł spod ręki mistrza, czy też ucznia, wyraźnie widać, że coraz częściej jesteśmy skłonni traktować Wikipedię jako najlepszy sposób na pierwszy kontakt z nieznanym nam dotąd tematem.
Co gwarantuje jakość haseł na Wikipedii? Przede wszystkim przestrzeganie zasad edycyjnych: neutralny punkt widzenia, weryfikowalność danych oraz zakaz publikowania własnych przemyśleń i analiz (zasada "no original research"). Nad przestrzeganiem tych zasad czuwa sztab osób - zaufanych i doświadczonych edytorów z całego świata, którzy stale kontrolują wprowadzane zmiany, "patrząc na ręce" zarówno innym użytkownikom, jak też sobie nawzajem.
Jak wygląda kontrola treści na Wikipedii w praktyce będzie można przekonać się podczas tegorocznego Open Minda w ramach prezentacji, którą przedstawi prezes Stowarzyszenia Wikimedia Polska, Pan Dr hab. Tomasz Ganicz. W jej trakcie dowiecie się między innymi jak Wikipedyści radzą sobie z kontrowersyjnymi tematami typu "Czy Pinochet wielkim ekonomistą był?"! Prezentacja odbędzie się w środę 12 maja o godzinie 13.30. Zapraszamy do zapoznania się z jej szczegółami oraz do dokonania rejestracji na to wydarzenie pod adresem: http://openmind.skni.org/prelegenci/wikimedia.
Materiały w Wikipedii udostępniane są na licencji Creative Commons, która stanowi infrastrukturę dla całego, znacznie szerszego ruchu związanego z tworzeniem otwartej wiedzy i otwartej dokumentacji. Więcej o tym ruchu oraz o możliwościach jakie stwarza licencja Creative Commons dla nauki oraz biznesu opowie nam już 11 maja Pan Alek Tarkowski, koordynator projektu Creative Commons Polska. Więcej szczegółów dotyczących udziału Creative Commons znajdziecie tutaj.
Na koniec należy wspomnieć, że budowanie otwartej wiedzy ma już w SGH pewną tradycję! Studenci, którzy realizowali przedmiot "Polityka gospodarcza" z Doktorem Krzysztofem Piechem wiedzą, że redagowanie haseł dla Wikipedii może być przyjemną i efektywną formą nauki.
Aby kontynuować tę chlubną budowania otwartej wiedzy w SGH, SKN Informatyki wszystkich do wzięcia udziału w akcji uwalniania notatek studentów SGH. Już 11 maja na Auli Spadochronowej będzie można udostępnić do zeskanowania swoje notatki, które później zostaną opublikowane innym studentom na otwartej licencji!
Amerykańscy studenci na SGH
Wpisany przez Arkadiusz Wiśniewski piątek, 07 maja 2010 00:19
Niedawno w mury naszej szacownej uczelni zawitał grupa amerykańskich studentów z programu Master of Science in Information Technology Management z School of Business, Snead Hall Virginia Commonwealth University. Wycieczka do Polski to część ich pracy magisterskiej (!) - po powrocie do kraju mają napisać referat. Odwiedzili m.in. SGH, Ministerstwo Gospodarki, TVN, Stare Miasto, Wawel, UE w Krakowie, Oświęcim...
26. kwietnia SGH zorganizowała dla nich wykład, który składał się z kilku części: sytuacja gospodarcza Polski, system studiów na SGH, prezentacja MIESI a także naszego jakże wspaniałego Koła Naukowego. Po części oficjalnej zaprosiliśmy Amerykanów na część mniej formalną do pobliskiej mordowni znanej jako "Zielona Gęś". No cóż , napiszę tylko, że siedzieliśmy tam do ostatniego metra a także umówiliśmy się na kolejny wieczór:).
Amerykanie okazali się bardzo przyjaźni (nie mają także słabych głów). Ich nastawienie do życia jest dalekie od polskiego cynizmu - są otwarci i optymistyczni (jeśli straciłeś pracę nie martw się, jutro znajdziesz lepszą - przydaje się szczególnie w czasach kryzysu). Rzecz ważna - średnia wieku tych studentów to... 35 lat, choć jeden miał chyba około 50. W USA po skończeniu licencjatu idzie się od razu do pracy a magisterkę robi się gdy jest naprawdę potrzebna.
Studia w Stanach są płatne i taka przyjemność w ich wypadku kosztuje 30000$ - całkiem pokaźną sumkę. To jest pewnie jeden z czynników, który wpływa na kształtowanie bardzo aktywnej postawy poznawczej - widać to było wyraźnie w trakcie prezentacji gdy Amerykanie zasypywali prelegentów pytaniami (często trudnymi). Człowiek się przez chwilę mógł poczuć jak na prawdziwej uczelni... zupełne odmienna sytuacja w porównaniu ze zwykłymi zajęciami gdzie wszyscy się boją odezwać (owoc wspaniałej filozofii nauczania na wcześniejszych etapach). Ciągle pytali o kulturę i historię Polski, doskonale orientowali się w sytuacji na świecie.
W tym przypadku nie sprawdził się mit głupiego Amerykanina, który nie potrafi wskazać Europy na mapie. Co więcej, możemy się nauczyć od nich zapału w zdobywaniu wiedzy i optymistycznego spojrzenia (nie bezmyślnego powtarzania, że jest dobrze, ale niepoddawania się przeciwnościom losu i podnoszenia się po porażkach).
Jak widać podróże kształcą (obie strony ), może niedługo to SKNI odwiedzi jakąś zagraniczną uczelnię?:)
HP przejmuje Palma
Wpisany przez Sebastian Dziadkowiec czwartek, 29 kwietnia 2010 23:56
Od kilku tygodni nie ustawały spekulacje na temat dalszego losu Palma, który już od dłuższego czasu znajdował się w złej sytuacji finansowej. Było jasne, że jedyną szansą na uratowanie tej firmy-ikony było przejęcie przez któregoś z obecnych potentatów rynku IT/smartphone, a za najpoważniejszych potencjalnych kupców uchodzili Lenovo i HTC. Tymczasem wczoraj, jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość, że to Hewlett-Packard wyłoży 1,2 mld USD i zostanie nowym właścicielem Palma.
Co oznacza to dla rynku smartfonów? Przede wszystkim tyle, że HP, któremu od przerwania współpracy z HTC jako producentem ODM nie udało się wyprodukować chyba żadnego naprawdę porządnego PDA/smartfona, teraz będzie chciał powrócić do czołówki. Ponieważ oficjalnych informacji jest jeszcze niewiele, a proces przejmowania Palma przez HP prawdopodobnie będzie trwał dość długo, pozwolę sobie trochę pospekulować co do kierunku, w jakim może ono pójść.
Przede wszystkim trzeba zauważyć, że HP do tej pory pozycjonowało swoje PDA i smartfony w segmencie biznesowym, nie przywiązując szczególnej wagi do funkcji multimedialnych. Palm próbował (podobnie jak wielu innych producentów) wejść w segment multimedialny zastępując wysłużony PalmOS WebOS-em, jednakże nie odciął się zupełnie od biznesu, a raczej starał się wypośrodkować funkcjonalności.
W tym momencie warto powiedzieć trochę więcej o WebOS, bo mam wrażenie, że to jest właśnie kluczowa kwestia, która zaważyła na decyzji o przejęciu. Sam system jest niewątpliwie pod kilkoma względami bardzo ciekawy oraz zaskakująco kompletny i rozbudowany, jak na dzieło jednej firmy (rzecz jasna opiera się on na Linuksie, ale w kluczowej warstwie interfejsu użytkownika jest to niewidoczne), jednak nie zdobył popularności ze względu na prosty fakt: Palm stworzył go z myślą o swoich urządzeniach i nie udostępniał innym firmom. Widać wyraźnie, że była to zła decyzja, bo Android, który pojawił się niewiele wcześniej, zdobywa coraz większy udział w rynku właśnie ze względu na ilość urządzeń, w których jest wykorzystywany. Tak więc na chwilę obecną WebOS to niewykorzystany potencjał, i HP z pewnością to zauważył.
Co więcej, ten potencjał może być bardzo użyteczny, zwłaszcza biorąc pod uwagę kierunek obrany przez Microsoft, którego Windows Mobile był do tej pory jedynym systemem wykorzystywanym w urządzeniach HP. Zaryzykuję stwierdzenie, że multimedialny Windows Phone 7 jest trochę nie w smak nastawionemu na odbiorców biznesowych HP (mimo, że nie zamierza on odchodzić zupełnie od platformy Microsoftu) i właśnie w WebOS będzie on upatrywać swoją szansę na wyrwanie kawałka tortu BlackBerry i Nokii, które są chyba wciąż na etapie eksperymentów z interfejsem dotykowym. Kluczem do tego jednak będzie popularyzacja tego systemu, a w związku z tym zasadniczym pytaniem jest, czy HP zdecyduje się na udostępnienie go innym producentom, czy zachowa jedynie dla siebie.
No i kolejną otwartą kwestią jest, czy HP pozostanie tylko w segmencie biznesowym, ale to już na chwilę obecną jest wróżenie z fusów.
Kres PDA Cz. 2
Wpisany przez Sebastian Dziadkowiec wtorek, 13 kwietnia 2010 01:31
Jak pisałem w poprzednim poście, Microsoft przegapił smartfonowy boom spowodowany jakiś czas temu przez iPhone’a i jego pozycja na rynku zdecydowanie spadła. Według jednych badań Windows Mobile wciąż zajmuje trzecią pozycję zarówno w USA (za iPhone i BlackBerry) jak i na pięciu największych rynkach Europy (za Symbianem i iPhone), według innych w zeszłym roku spadł na czwarte miejsce w skali całego świata (różnica wynika z metodologii badań – w pierwszym mierzono liczbę aktywnie używanych urządzeń, w drugim ich sprzedaż). Niezależnie od źródła, wyraźnie widać tendencję spadkową, a po piętach depcze kolejny konkurent – Android, którego udział na rynku wzrósł w 2009r. o 1074% (!) w stosunku do 2008r. Chociaż ekonomista powie, że to efekt niskiej bazy :)
Tak czy inaczej, Microsoft musiał jakoś zareagować, i zaregował. Na targach Mobile World Congress, które odbywały się w lutym w Barcelonie, pokazał oficjalnie Windows Phone 7, czyli kolejną odsłonę swojego mobilnego systemu operacyjnego.
W tym miejscu dochodzimy do clou tego, co chciałem przekazać pisząc o końcu urządzeń PDA. Windows Phone 7 zdecydowanie zrywa z dziedzictwem Windows Mobile, upodabniając system bardziej do tego, co znamy z iPhone, niż z jego poprzedników. Nie będę się rozpisywał o szczegółach jego działania, bo na ten temat jest mnóstwo artykułów na specjalistycznych stronach, takich jak angielskojęzyczny pocketnow.com, czy polski PDA.pl, a jedynie wypunktuję jego najważniejsze cechy:
- Wymagania sprzętowe: smartfony pracujące na Windows Phone 7 będą zdecydowanie należały górnej półki cenowej ze względu na wymogi specyfikacji określonej przez Microsoft, które bynajmniej nie są niskie: procesor 1GHz, dotykowy, pojemnościowy ekran o rozdzielczości WVGA, cyfrowy kompas, akcelerometr, GPS. Nie będzie wersji niedotykowej ani bez obsługi modułu telefonicznego.
- Pamięć: wymagane jest co najmniej 8GB wbudowanej pamięci typu flash; nie będzie możliwe korzystanie z dodatkowych kart pamięci (zupełnie jak w iPhone!).
- Obudowa, przyciski: wszystkie telefony muszą posiadać obok ekranu 5 przycisków: Start, Wstecz, Szukaj, Aparat fotograficzny, Zasilanie; możliwe jest wykorzystanie wysuwanych klawiatur QWERTY; klawiatury numeryczne lub typu „BlackBerry” nie są dozwolone.
- Interfejs systemu: ujednolicony, oparty na tzw. hubach, które gromadzą w jednym miejscu dane i informacje podobnego typu (np. w hubie „Zdjęcia” razem ze zdjęciami z pamięci telefonu będą wyświetlane zdjęcia z profilu na Facebooku). Producenci sprzętu nie będą mieli możliwości modyfikowania jego wyglądu ani stosowania własnych interfejsów. Warto tutaj jeszcze raz powiedzieć, że możliwość pełnego dostosowania wyglądu interfejsu była uważana za jedną z największych zalet Windows Mobile.
- Wielozadaniowość: O ile wbudowane w system aplikacje (np. odtwarzacz muzyki) będą mogły pracować w tle, to wszystkie aplikacje zewnętrzne tej możliwości już nie będą miały. Znowu zupełnie jak w iPhone, tylko, że Apple już się zdążył zorientować, że to marny pomysł i wprowadzi ograniczoną wielozadaniowość w kolejnej wersji iPhone OS.
- Kopiuj/wklej: Brak w oryginalnej wersji, ma się pojawić dopiero jak upgrade! Po raz kolejny jak w iPhone, i po raz kolejny Apple już wprowadził tą funkcję do swojego systemu.
- Aplikacje zewnętrzne: instalowane jedynie przez internetowy sklep (znowu jak… no zgadnijcie gdzie), brak kompatybilności aplikacji z wcześniejszych wersji systemu.
Wnioski nasuwają się same: Microsoft radykalnie zmienił koncepcję swojego systemu i poszedł w kierunku wyznaczonym przez Apple, RIM czy Nokię. To chyba definitywnie przekreśla sens stosowania terminu PDA, bo osobny segment kieszonkowych komputerów już niedługo chyba ostatecznie zostanie wchłonięte przez szerszą grupę smartfonów.
Oczywiście kilka pytań pozostaje jeszcze otwartych. Można się spytać, czy to dobrze, czy źle. Dobrze niewątpliwie dla producentów sprzętu i oprogramowania, bo rynek smartfonów jest rzecz jasna dużo większy. A czy dobrze dla użytkowników? Tu zdania są podzielone. W Stanach przeważają pozytywne komentarze, ale to chyba taka specyfika rynku który oszalał na punkcie iPhone’a. Z kolei w Europie dotychczasowi użytkownicy Windows Mobile są zdecydowanie rozczarowani ograniczeniami, jakie Microsoft nałożył na swój nowy system.
Ale ostatnie słowo jeszcze nie padło, bo coraz głośniej mówi się, że Palm, którego sytuacja finansowa jest ostatnio coraz gorsza, zostanie przejęty przez HTC albo Lenovo. Więcej na ten temat ma być wiadomo w przyszłym tygodniu, i być może to będzie materiał na kolejny wpis.
Kres PDA
Wpisany przez Sebastian Dziadkowiec czwartek, 01 kwietnia 2010 01:30
Zapał do uzewnętrzniania się na stronie SKNI jakoś opadł, więc podjąłem próbę reanimacji naszego bloga i co kilka dni będę starał podzielić się na jego łamach moimi przemyśleniami na tematy związane z IT, o których mam jakieś pojęcie. Na pierwszy ogień poszedł jeden z moich „koników”, czyli smartphony i mobilne systemy operacyjne.
Początkowo planowałem napisać kilka słów o najnowszym dziecku Microsoftu, czyli Windows Phone 7 Series, jednak kontekst tego co chciałbym przekazać jest trochę szerszy, więc warto chyba najpierw wytłumaczyć, o co w ogóle chodzi :)
Terminy palmtop i PDA są pewnie większości osób znane. W swojej pierwotnej formie były one elektronicznymi notesami i organizerami. Pomijając proste elektroniczne organizery (takie z wyświetlaczami a’la kalkulator), ich produkcja w latach 90-tych była praktycznie zdominowana przez firmę Palm (od której to wzięło się określenie palmtop), ale stopniowo swoją pozycję budował Microsoft, dostarczając producentom hardware’u najpierw system Windows CE, a potem Windows for Pocket PC, który finalnie przekształcił się w Windows Mobile. W końcu Palm zrezygnował ze swojego własnego systemu Palm OS na rzecz mobilnej wersji okienek i wydawać by się mogło, że firma z Redmont opanowała kolejny rynek.
Jednak w tym samym czasie upowszechniła się technologia GSM, a producenci komórek implementowali w swoich urządzeniach coraz więcej funkcji PDA, począwszy od tak oczywistych rzeczy, jak książka adresowa, poprzez kalendarze, kalkulatory, do instalowania własnych programów. Niektórzy (np. Nokia z serią Communicator, potem z systemem Symbian) bardzo wcześnie próbowali łączyć „pełnowartościowe” PDA z komórkami, jednak przełomu dokonała mała, kanadyjska firma Research In Motion wypuszczając telefon BlackBerry, który pozwalał obsługiwać e-mail w telefonie identycznie jak SMS-y. Microsoft odpowiedział dodając obsługę modułu telefonicznego w Windows for Pocket PC i własną technologię obsługi e-maili działającą tak samo jak Push E-mail w BlackBerry, ale to RIM zostało nowym liderem na amerykańskim rynku przenośnych komputerów. W Europie z kolei bardzo dużą popularność zdobył system Symbian, który znacznie przyczynił się do upowszechnienia terminu smartphone, którym określano komórki z najwyższej półki.
Z drugiej strony, dodanie do mobilnych okienek możliwości obsługi modułu telefonicznego spowodowało, że PDA mogły też pełnić funkcję komórek, jednak z niejasnych przyczyn „starzy” producenci PDA początkowo podchodzili do tego rozwiązania dosyć ostrożnie. Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać i palmtopy z funkcją telefonu zaczęto określać jako PDA Phone lub Palmphone (spolszczane w całkowicie moim zdaniem idiotyczny sposób jako „palmofon”).
Ciągle jednak tym, co odróżniało PDA od telefonów czy smartfonów, był sposób obsługi – PDA posiadały niemal od początku dotykowe ekrany przystosowane do obsługi rysikiem, który zastępował kursor myszki. Warto do tego dodać, że Microsoft wydał także Windows for Pocket PC Smartphone Edition, czyli system, który był przeznaczony dla urządzeń bez dotykowego ekranu. Miało to wyznaczać dosyć jasny podział – smartfony to najbardziej zaawansowane „tradycyjne” komórki, a PDA to przenośne komputery z dotykowymi ekranami, mogące także służyć jako telefony.
Ten stan rzeczy zmienił się jednak wraz z wprowadzeniem przez Apple iPhone’a, który nie mieścił się zupełnie w dotychczasowych ramach. Z jednej strony miał wszystkie cechy PDA – dotykowy ekran i własny system operacyjny, z drugiej jednak możliwości dostosowania systemu do indywidualnych potrzeb użytkownika były znacznie mniejsze niż w Windows Mobile, brakowało funkcji kopiuj/wklej czy przesyłania plików przez Bluetooth. Magia Apple zrobiła jednak swoje i stał się absolutnym hitem, dominując rynek w USA, a potem zdobywając znaczną popularność także w Europie.
Sukces iPhone’a wysłał jasny przekaz do producentów PDA: ich urządzenia nie muszą być przeznaczone wyłącznie dla niszy biznesu i zaawansowanych użytkowników, ale mogą konkurować z multimedialnymi komórkami i smartfonami, których rynek jest dużo większy. Niejako na fali tych wydarzeń na rynek wszedł mobilny system od Google – Android, Nokia wprowadziła dotykowe ekrany do swoich symbianowych smartfonów, producenci urządzeń z Windows Mobile również robili wszystko, żeby ułatwić obsługę topornego interfejsu tego systemu.
W efekcie rozmyła się granica między smartfonami a PDA, a samo określenie PDA zaczęło wychodzić z użytku, i coraz częściej pojawiają się postulaty całkowitego odejścia od niego, jako przestarzałego i niepasującego do obecnych realiów. Co najciekawsze, Microsoft nie tyle przespał ostatni czas, co nie potrafił wystarczająco unowocześnić Windows Mobile, żeby przebił się na obecnym rynku. Ostatnia aktualizacja tego systemu do wersji 6.5 była zdecydowanie krokiem w dobrą stronę, ale wprowadzenie razem z tą aktualizacją terminu Windows Phone było zdecydowanie na wyrost.
Niemniej jednak, coś się zaczyna zmieniać, i temu będzie poświęcony kolejny wpis.
Strona w dwie godziny, czyli jak to się robi w SKNI
Wpisany przez Sebastian Dziadkowiec czwartek, 04 marca 2010 01:36
Przygotowując się do pierwszego spotkania poświęconego tworzeniu nowej strony, zakładałem, że do jako-takiej używalności uda się ją doprowadzić w ciągu tygodnia.
Takie też były moje dotychczasowe doświadczenia z warsztatu Joomli, na którym w pełni funkcjonalną witrynę robimy w ciągu czterech półtoragodzinnych spotkań. Zakładając, że kilkuosobowa grupa bez żadnych wcześniejszych doświadczeń z Joomlą, jednak pełna zapału do działania, będzie w stanie poświęcić na ten cel kilka wieczorów, taki horyzont czasowy wydawał się sensowny.
Tymczasem po krótkim wstępie teoretycznym oraz pokazaniu, jak działa back-end Joomli, niemal natychmiast przystąpiliśmy do pracy. Ustalenie potrzebnych nam funkcjonalności oraz struktury poruszania się po stronie nie trwało długo, ponieważ temat ten pojawiał się już wcześniej, więc teraz wystarczyło dograć tylko szczegóły, a reszta wyjdzie w praniu :)
Podzieliliśmy się pracą, i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że Joomla jest bardziej intuicyjna, niż myślałem. Instalacja modułów i komponentów odpowiedzialnych za potrzebne nam funkcjonalności przebiegła nad wyraz sprawnie - wystarczyło, że każdy wiedział, jaką nazwą modułu/komponentu/pluginu ma wygooglować, i dalej nie było już większych trudności. Logika działania menu i jej wpływ na cały system, które w trakcie prowadzenia warsztatów były dla mnie najtrudniejsze do wytłumaczenia, tym razem okazały się proste i metodą prób i błędów zostały błyskawicznie ogarnięte. W efekcie po mniej-więcej dwóch godzinach mieliśmy działającą stronę z gotowym układem menu, zainstalowanymi komentarzami, tagami, galerią zdjęć, repozytorium plików, zmienionym szablonem i - gdyby nie problem z proxy w sieci SGH - modułem kalendarza Google.
W tym miejscu chciałbym gorąco podziękować ekipie, która walnie przyczyniła się do tak szybkiego postępu prac. Przede wszystkim, wielkie brawa dla naszych Kandydatów: Gabrysi, Gosi, Kamila i Łukasza - nie wystraszyliście się i stanęliście na wysokości zadania! No i oczywiście stare wilki, czyli Michał Piecko i Arek - wy również zrobiliście kawał dobrej roboty.
Dzięki temu, że tak szybko udało nam się zająć kwestiami bardziej technicznymi, możemy skupić się na uzupełnianiu zawartości strony, a ewentualne modyfikacje od strony technicznej i dodatkowe funkcjonalności będziemy realizować na bieżąco.







